Kiepski lekarz też się zdarza

2019-01-04 Urszula Brumer

Kiepski lekarz też się zdarza

Powikłania po zabiegach zdarzają się też lekarzom (fot. Fotolia)

Jak wybrać lekarza medycyny estetycznej? Łapię się na tym, że naprawdę nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie

Wydawałoby się, że jest jakimś rozwiązaniem pójście do kogoś, kto jest znany z mediów. Ale nie, to wcale nie musi być dobry pomysł, bo nie każdy kto dobrze wypada medialnie, jest równie dobrym specjalistą. Mam wrażenie, że najlepsze rzeczy powstają tam, gdzie nie ma kamer i gdzie lekarz nie ma na te kamery czasu.

Innym rozwiązaniem, bardzo sensownym na pierwszy rzut oka, byłoby pójście do lekarza, który jest jednocześnie szkoleniowcem. Okazuje się jednak, że to też nie daje żadnej gwarancji, o czym będzie dzisiejszy tekst, z lekarką-szkoleniowcem jako negatywnym bohaterem.

Piszę ten tekst w poczuciu, że naprawdę bardzo współczuję pacjentom, bo nie ma takiego sposobu, który by ustrzegł ich przed kiepskim lekarzem medycyny estetycznej. Piszę to z pełną odpowiedzialnością, bo sama szkolę lekarzy i też jestem zapraszana do mediów.

Brak aseptyki na szkoleniu

Kilka lat temu byłam u tej lekarki na szkoleniu z zakresu nici. Bardzo mnie zbulwersowało to, że do zabiegu wymagającego sterylnych warunków nie używała nawet aseptycznych rękawiczek tylko zwykłe diagnostyczne. Kiedy podzieliłam się tym, usłyszałam, że jej się jeszcze nigdy z tego powodu nie zdarzyło żadne powikłanie. Może jej się nie zdarzyło, ale pokazywanie lekarzom na szkoleniu, że nie muszą dbać o aseptykę jest jakimś kolosalnym uchybieniem, szczególnie przy zabiegu, gdzie nitka latała dookoła i mogła zbierać z otoczenia bakterie. O infekcję w takich zabiegach nie jest trudno, dlatego powinno się przestrzegać nawet wyśrubowanych norm dla bezpieczeństwa pacjenta (a założenie aseptycznych rękawiczek aż tak wyśrubowaną normą nie jest).

Martwica po lipolizie laserowej

Nie spotkałam tej lekarki już nigdy więcej, za to na innym szkoleniu spotkałam znajomą lekarkę, która poszła do niej na zabieg lipolizy laserowej na nogach. To dość naturalna droga wyboru, lekarz idzie na zabieg do znanego lekarza-szkoleniowca. Tyle, że zabieg był nieudany. Znajomej lekarce pozostała po nim martwica, która wymagała przeszczepu skóry. Doktor chirurg plastyk, autorytet w dziedzinie lipolizy, na konsultacji powiedział, że tłuszcz w czasie zabiegu został wepchnięty pod powięź, co nie powinno było się zdarzyć.

To że w medycynie estetycznej są powikłania to wiadomo. Nie ma stuprocentowej gwarancji, że się ich uniknie. Być może znajoma przyjęłaby to i uznała, że akurat na nią padło. W tej historii najbardziej oburzający jest sposób zachowania lekarki, która wykonywała zabieg. W żaden sposób nie poczuwa się do odpowiedzialności, nie próbowała nawet pomóc swojej pacjentce, nie mówiąc o zwykłym przepraszam.

Oszpecona trwałymi nićmi

Tak się złożyło, że niedługo potem trafiła do mnie pacjentka też oszpecona przez lekarkę-szkoleniowca, tym razem nie na nogach, tylko na twarzy, i nie lipolizą laserową, ale nićmi, czyli tym, z czego szkoli. Kobieta po zabiegu zamiast zliftingowanej twarzy ma na policzku bruzdy i doliny. Lekarka umywa ręce. Najbardziej kuriozalne jest to, że ona, która z nici szkoli (szkoli również z powikłań po zabiegach) i powinna naprawdę teoretycznie znać się na rzeczy, założyła pacjentce nici trwałe! Zrobiła więc coś, czego się już nie robi. Nici trwałe oznaczają, że nie rozpuszczą się i nie da się ich usunąć, zostaną w tych policzkach na zawsze. Oszpeconej pacjentce nie da się pomóc.

Ta historia nie ma ani dobrego zakończenia ani morału, jedynie smutną refleksję, że naprawdę pacjenci gabinetów medycyny estetycznej zanim trafią na dobrego lekarza, stoją przed trudnym wyborem.

, ,